Zakup protezy nogi dla Marka

Prowadzona przez Organizację:
Fundacja Niepełnosprawnych SANUS
Data zakończenia:
31.12.2018
Ostróda

Kiedy urodził się mój synek, czułem się jak najszczęśliwszy facet na świecie i powiem wam jedno, każdego dnia dziękuję za to, że możemy być wciąż razem, że tamtego okropnego dnia straciłem nogę. Nadal jestem ojcem, nadal kocham swoją rodzinę najbardziej na świecie i choć w kilka minut stałem się kaleką, jestem wdzięczny, że żyję i mogę na nich patrzeć, że mam dla kogo żyć i zrobię wszystko, aby być znów ojcem i mężem, jakiego zapamiętali moi bliscy. 7 lipca rok temu wstałem rano i poszedłem do pracy, z której wróciłem dopiero po miesiącu…

Piękny dzień, wracałem do domu, po pracy. Pracowałem jako kierowca samochodu dostawczego, który wtedy prowadziłem ostatni raz w życiu. Auto jadące przede mną zaczęło hamować, ja nie zdążyłem. Instynktownie hamując, odbiłem w bok, zgasło światło. Tego, co działo się później, dowiedziałem się po długim czasie. Miejsce wypadku takie, jakie zdarza nam się mijać na drodze, rozbity na drzewie samochód, karetka na sygnale i strażacy, którzy wyciągali mnie z wnętrza zmasakrowanej kabiny. W tym czasie moja narzeczona i synek zapewne jedli obiad lub czekali na mój powrót... Tego dnia do nich nie wróciłem.

Z ranami nóg, miednicy, odbitą śledzioną, trafiłem do szpitala. Lekarze walczyli o to, co tak kocham – moje życie, które tego popołudnia mogło się skończyć. Gdy pomyślę dzisiaj o tym, że już nigdy miałem nie zobaczyć synka, że w tak banalny sposób mogłem stracić wszystko to, co budowałem latami, w oczach stają mi łzy. Te same łzy płyną z radości, że żyję i z bezsilności której nigdy wcześniej nie poznałem. 7 lipca tamtego roku los zdecydował za mnie, że resztę życia będę kaleką. Zapadłem w śpiączkę na ponad półtora miesiąca, zostawiając wszystkich samych w różnymi myślami.

Może i lepiej, bo przecież nie zniósłbym strachu w oczach mojej rodziny, ich przerażenia, kiedy dotarli do szpitala. 26 lipca, po trzech tygodniach mojego snu zapadła decyzja, której efekt widzicie na zdjęciu. Poszarpane mięśnie, zmiażdżone kości i pozrywane więzadła. Z tego, co zostało, nie dało już się odbudować mojej nogi, którą lekarze po wielu dniach walki postanowili amputować z obawy o sepsę. Podczas operacji wciąż spałem i tym razem może to było lepsze wyjście dla mnie, bo trudno byłoby się pogodzić z tym, że to koniec normalnego życia.

Choć moje życie zamieniło się w koszmar, to nadal mała cena w obliczu śmierci, która była tak blisko. Teraz muszę do nich jak najszybciej wrócić, pokazać, że to nie koniec bycia głową rodziny, że mogą na mnie liczyć nadal. Tak myślę, kiedy jestem na rehabilitacji, kiedy uczę się chodzić na protezie, kiedy wszystko nabiera kształtu. Później wracam do domu, przychodzi zwątpienie i refleksja nad tym, co się stało. Straciłem nogę, a razem z nią pracę, mieszkanie i jedyne źródło dochodu. Jestem zdany na pomoc, osób, którym to ja chciałem pomagać, to okropnie dołujące uczucie, które sprawia, że pojawiają się łzy bezsilności.

Wiem, że teraz już zawsze będzie mi trudniej. Lewa noga w zawodzie kierowcy to podstawa, ale ja pracować muszę, muszę wrócić, zarabic na rodzinę najszybciej jak się da. Przede mną jeszcze operacja biodra i rehabilitacja, którą muszę maksymalnie przyspieszyć. Nie pozwolę, żeby moje kalectwo wpływało na moją rodzinę, wystarczy, że to ja cierpię i nie śpię w nocy ze strachu o to co będzie.

Czego potrzebuję? Porządnej protezy, takiej, która pozwoli mi możliwie dobrze funkcjonować. Oglądałem wiele takich protez, przymierzałem, czytałem i w końcu wybrałem taką, która będzie mogła zastąpić mi nogę, która nie ma w sobie elektroniki i dzięki temu zyskuje na trwałości. Jest to koszt, który zapiera dech w piersiach i zarazem kwota, jaką muszę zapłacić, by normalnie żyć.

Niektórzy ludzie mogą się oszczędzać, mogą rehabilitować się do końca życia i funkcjonować, na ile pozwala kalectwo – ja nie! Mam rodzinę i za kilka miesięcy muszę wrócić do pracy, zapomnieć o tym, że nie mam nogi, że cokolwiek mnie ogranicza. Proszę Was o tę szansę i bardzo dziękuję za każdą pomoc. Marzę o chwili, gdy wreszcie pójdę z Wiktorkiem na spacer...